FIZYKA POSZUKIWAŃ

Jeśli jesteś wystarczająco dzielna, by zostawić za sobą wszystko i wyruszyć na poszukiwanie prawdy zewnętrznej lub wewnętrznej.

Jeśli wszystko, co napotkasz na swej drodze potraktujesz, jako podpowiedź i wszystkich napotkanych ludzi, jako nauczycieli,

Jeśli jesteś w stanie wybaczyć sobie kilka gorzkich błędów, wtedy prawda będzie przed Tobą odkryta.

czwartek, 3 marca 2016

Gdybym pisać miała...


Gdybym miała pisać, musiałabym napisać o znużeniu. O zmęczeniu, co wykradło blask moich oczu, ruchliwość ciała i śmiech dudniący radością. Musiałabym napisać o ospałości ruchów, o kawie pitej hektolitrami, co nie działa, o zgaszeniu, o matowości mojego spojrzenia, o szorstkości tonu głosu. O obniżonej cierpliwości człowieka we mnie. O tym bym musiała napisać. O osłabieniu i o chorobie, której odpieram co dzień atak. O witaminie De branej codziennie, co ma radość wracać i wzmacniać. O różowym kolorze paznokci, którego zadaniem jest wołanie energii. O oknach otwieranych, wzywających wiosnę. O pęcznieniu kalendarza. O tęsknocie za byciem, nic-robieniem, czasie bez zegarka, bez rzeczy-do-zrobienia, a nade wszystko bez rzeczy, które zrobić mus, a których całą sobą nie chcę. O tym bym musiała napisać. O nocy z przykrótkim snem, o koncentracji dziurawej, o głodzie duszy, o tęsknocie ciała za ruchem, o niesprzątnięciach w domu, o książkach nie-czytanych-tęskno-leżących przy łóżku, na stole, stoliku, na szafce. O sofie ciałem odpoczywającym dawno nie uleżanej, o obrazie rozpoczętym, nie-domalowanym, czekającym, o potrzebach cierpliwie czekającego serca.  O niskim poziomie moich baterii i braku ładowarki. O tym musiałabym napisać. O tym musiałabym napisać, ale o tym pisać nie chcę.

Zamiast tego napisałabym o tym, do czego tęsknię cała, do czego rwą się we mnie ręce, serce…

Do obrazu częściowo namalowanego, do farb rozkładania, do pędzli, szpatułek, gąbeczek. Do tej ciszy i czasu zatrzymania, gdy malowanie. Do ruchów dłoni, do niewiedzy, co następny ruch pędzla przyniesie, do zaciekawienia wynikiem, do spokoju przepastnego we mnie. Spokoju bezbrzeżnego, tak wielkiego, że można przetoczyć tabuny myśli i wciąż jeszcze zostałoby mnóstwo miejsca na oddech i pustkę pełni pełną. Do umazań farbą. Do tworzenia. Do zanurzenia w sobie. Do kubka z pachnącą herbatą stojącego pomiędzy tubkami farb. Do czasu ze sobą samą w nieśpieszności zegarka. Do ciszy we mnie, która wówczas. Do jakiejś swobodnie płynącej we mnie rzeki, która ma i swój początek, i swój nurt, i mądrość, i czekające na nią morze. Do tej chwili, gdy patrzę na to, co namalowane, do tego uczucia, że oto narodziło się coś, co przecież we mnie było i teraz tylko zostało farbą wyjęte. Do spotkania z narodzonym obrazem. I do jego oczywistej obecności w zakątkach mojego domu. Do zadumy nad tym, co urodziłam. Do tego rwą się moje ręce, moje serce i ja cała…

Do bycia bez planu. Bez zadań i konieczności. Do szlajań się piżamowych, szlafrokowych, po-domowych. Do długaśnych kąpieli w wannie, do muzyki niespieszno-słuchań, do czytania i zanurzenia się w tym, co czytane, do czytanio-przerywań na rozmyślenia, notatek pisania, do odkryć pomiędzy, do tych wszystkich czytanio-cudowności. Do pobycia w nieśpieszności i bezzegarkowej wolności. Do milczeń, świata-obserwowań, do bycia prostego, w kawiarence siedzenia, powolnego jedzenia ciastka, rozkoszowania się każdą molekułą smaku. Do uśmiechu. Do wdzięczności, która mieszka w zwykłościach dnia codziennego i która przychodzi, gdy przestrzeń na tych zwykłości-zauważanie. Do rozmów o byciu, o życiu. Do filozofowania. Do gdybania. Do przestrzeni na relatywność, różnorodność perspektyw i światem zaciekawień. Do lekkości bycia. Do przyjemności bycia. Do zadowolonego bycia rozkoszującego się byciem właśnie.

Do zamknięcia starego, co wybrzmiało. Do fizycznego nowego tworzenia, do nowej przestrzeni, mojej przestrzeni. Do zrzucenia starej skóry, zbędnej już bardzo, przeszkadzającej. Do szerokiego otwarcia okien, porządków w domu. Ścian malowania, przestawiania mebli, segregowania, wyprowadzania tego, co już swą misję spełniło. Do okien mycia, wietrzenia książek, kupowania i sadzenia nowych kwiatów, w nowych doniczkach. Mnogości kwiatów i do tytłania się w ziemi, do jej czerni pod różowymi paznokciami. Do przyjemności sadzenia. Do przyjemności tworzenia nowego, świeżego, innego. Do nowych mebli w domu i tym samym do nowo-domu. Do mebli malowania, do tworzenia, twórczego sobą domu wypełniania. Do nucenia pod nosem, do krzątania się, wałęsania, snucia. Do przestrzeni na wyraźny głos mojego serca. Do spacerów powolnych, światu się przyglądań, do nie-pracowania, a zwykłego, prostego bycia. Bez zegarka. Z oddechem. Zanurzona w spokoju mojego serca. Do tego bym właśnie… Do tego chcę właśnie… Tego chcę właśnie…

Gdybym pisać miała, napisałabym również o tym, że samo tego pisanie otworzyło jakąś właściwą tamę. Przelało to, co się wylać już bardzo chciało, napełniło mnie tym, za czym tęskniło serce i zrobiło przestrzeń na spokój. Miękkość jakąś we mnie. Napięcia poluzowanie. Oddech szerszy, spokojny. Zatrzymany jakiś, nie-biegnący. Łagodny, cichy i dobrze osadzony.

O tym, bym napisała…


O tym, bym napisała … gdybym pisać miała…

poniedziałek, 30 listopada 2015

... zawsze kiedy chcę żyć ... - o ciszy w oknie ...



Przypomniałam sobie właśnie o tej sobie, o tej kobiecie, która stoi w za dużej, niesłychanie wygodnej koszuli, oparta o framugę okna. Stoi z kubkiem kawy w obu dłoniach. Stoi w zapachu tej kawy. W jej cieple. Z jej smakiem na kubkach języka. Stoi w wygodności materiału, w swobodzie. Stoi w cieple zabawnych skarpetek frotte, w ich przyjemnej miękkości i bezpretensjonalności. Z głową opartą o biel framugi. Opartą i ciężko i lekko jednocześnie. Błogo. Po prostu.

Przypominałam sobie o tej kobiecie, o tej sobie, która tak stoi i patrzy gdzieś, gdziekolwiek, gdzie akurat wzrok osiądzie. Po prostu. Bez musu. Bez wyraźnego celu. Dla samej przyjemności patrzenia. Patrzy i widzi. To, co akurat jest. Bez celu i bez zastosowania, tego, co w zasięgu wzroku. Patrzenie zwykłe, przyjemne same w sobie, rozwleczone w czasie, rozciągnięte w czasie przyjemnie, w pachnących oparach kawy, w jej smaku, w odczuciu miękkich skarpet i twardej pod nimi podłogi, w ciężkiej lekkości głowy.

Przypomniałam sobie o tej kobiecie, o tej sobie, która stoi, bo ma czas na stanie. Ma czas. Czas na bycie. Na nic-nie-muszenie. Na spokój. Na siebie. Na bezrefleksyjność i refleksyjność jednocześnie, sekwencyjnie, czy równolegle. Na swobodę bycia. Ma czas. Ma czas na tę kawowo-okienną chwilę zawieszoną w czasie. W czasie, który wykorzystuje, którym się wypełnia, który smakuje, którym się degustuje i syci. Tak długo, jak tylko wola wybiera. Bez ograniczników zaznaczonych wyraźnie, pulsująco, czerwono w kalendarzu. Ma nielimitowany czas na życie.

Przypomniałam sobie o tej kobiecie, o tej sobie…

A skoro ją wciąż pamiętam, skoro pamiętam… to…

Ona gdzieś jest. Gdzieś jest. Pod kartkami kalendarza, pod wykrzyknikami czerwonymi, pod dźwiękami alarmów, pod spotkaniami, obowiązkami, napiętością chwil, rzeczami-do-zrobienia, pod zmęczeniem, pod smutkiem, pod nadmiarem kawy, która ani smaku, ani energii zdaje się nie nieść, pod mobilizacją. Pod tęsknotą za tym, co marzy robić. Pod tym, czego ma już dość. Gdzieś jest. Ona gdzieś jest. Gdzieś tam, pod tym wszystkim jest. Jest i czeka. Czeka na możliwość oddechu, spokojnego stania, bycia, życia. Na zwykłą biel framugi, kubek z kawą zwykły, zwyczajne patrzenie i zwykłą skarpeto-podłogowość.
Rozwleczone w czasie.
Po prostu.


zawsze kiedy chcę żyć krzyczę
gdy życie odchodzi ode mnie
przywieram do niego
mówię - życie
nie odchodź jeszcze

jego ciepła ręka w mojej ręce
moje usta przy jego uchu
szepczę
życie

- jakby życie było kochankiem
który chce odejść -
wieszam mu się na szyi
krzyczę

umrę jeśli odejdziesz

[H. Poświatowska]

piątek, 27 listopada 2015

WSZYSTKIE KOLORY KOBIETY




Zapraszam BAAAAAAAARDZO SERDECZNIE 
na spektakl
taneczno-teatralny
w mojej reżyserii (pierwszy raz)
w wykonaniu cudnych kobiet
(pozornie niepozornych)
w opowieści o kobietach, 
o ich drodze, o nabywaniu kolejnych kolorów energii,
o budowaniu swojego kolorystycznego spektrum.

Dla wszystkich, dla kazdego, dla Ciebie.
Przyjdź. 
Ja się z tego bardzo ucieszę.
Wyjdę dla Ciebie na scenę.
Wyjdę na scenę dla siebie.
 I opowiem coś o sobie, o kobietach,
każda z nas opowie.
Przez siebie,
dla siebie, dla Ciebie.

W dniu w w takim, jaki akurat będzie. 
Po kłótni z mężem lub cudownym przytulaniu.
Po czymś udanym lub trochę mniej. 
Zrelaksowana, choc raczej napięta.
Na pewno skoncentrowana.
Wyjdę na scenę, by wytańczyć siebie.
Dla Ciebie i dla Siebie.

Przyjdź.
Może znajdziesz w tej historii - choć odrobinę o sobie. 
Może zastanowisz się, czy taka ja.
Może uśmiechniesz.
Może odpoczniesz.
Może pomyślisz.
Może spedzisz czas inaczej niż zwykle.

Ja będę. 
Na scenie.
Dla Ciebie. Dla siebie.
Jak i każda z nas.
W energii takiej, jak akurat tego dnia.
Z całym bagażem doświadczeń i humorów, z całą historią dnia i dni porzednich, z emocjami nazbieranymi w kieszeniach.
Bedę. Bedziemy.
Przyjdź.

Pobądźmy, w sposób ciut inny, niż codziennie.
Bo kobiety pozornie-niepozorne, robią magię codzienną-niecodzienną. Rzeczy niezwykle-zwykłe, choć niebywałe jednak.
Każda  z nas może. 
Ty też.
I Twoja kobieta również.

Ja będę.
Na scenie.
Każda z nas będzie.

Do spotkania.
Do zatańczenia.


Dominika

______________________________________________________________

Pomysł na inicjatywę: Magdalena Faszcza
Reżyseria: Dominika Świątecka
Wsparcie teatralne: Karolina Burdyło-Getka
Choreografie: Dominika Świątecka i grupa BUDUAR
Muzyka: Dominika Świątecka
Występują: grupa BUDUAR działająca przy Studio Animacji Ruchowej Magdaleny Faszcza, RYTM
[Agnieszka Nowak, Basia Błażewicz, Dominika Świątecka, Alicja Drzewiecka, Magdalena Paszkiewicz]
Opiekunowie grupy: Dominika Świątecka i Izabela Kościesza








wtorek, 1 września 2015

Chodzi o miłość



Chodzi o miłość.

Przed chwilą do mojego biura zapukała kobieta. Pracujemy na jednym korytarzu. Znamy się na „dzień dobry”, na kilka zdań, na słowa przy parzeniu kawy, na rozmowy przy pracowniczo-spędzanych-świętach. Niegłęboko. Zapukała i z uśmiechem powiedziała: „dziś uratowałam Ci życie”. „Mi? – odpowiedziałam uśmiechem  „a jak?”. „Przyszłam rano do pracy i w kuchennym zlewie był wieeeeelki pająk…” – zaczęła. „Ale ja już zaczynam kumplować się z pająkami…” – wtrąciłam uśmiechem. „Taaaak, ale ten był duży, tak duży, że nawet mi ciarki przeszły” – odpowiedziała. Życzliwa cisza patrzących oczu między nami. I znów jej głos: „Pomyślałam, wyprowadzę go na dwór, bo Dominika przyjdzie i się przestraszy”. Uśmiech Jej. Uśmiech mój. Uśmiechy między nami. I moje „dziękuję” wypełnione serdecznością, gdy zamykała za sobą drzwi  mojego pokoju.
Ta kobieta nic nie musiała. I nie chodzi tylko o robienie. Nade wszystko nie musiała widzieć mnie za pająkiem. A zobaczyła. Mała chwila wypełniona dobrem.

Od dłuższego czasu wierzę, że w ostatecznym i najważniejszym rozrachunku chodzi o miłość.
O dobro. O życzliwość. O serce. O ludzi. O relacje. O więzi. I o gniazdo. O DOM.

Gdy bohater filmu „Żyć, nie umierać” dowiedział się o raku i gdy postanowił zrobić remanent w swoim życiu – wypełnił je tym, co najważniejsze. Patrzyłam na ścianę, na której przyklejał wszystko, to co stanowi dla niego największy sens. Ludzie. Zdjęcia ludzi. Zdjęcia miejsc wspólnych. Laurki przez córkę mazane. Papierowe skrawki wspomnień-zapamiętań. A za tym wszystkim - miłość.
Bo chodzi o miłość.
O to, że gdy już Cię nie ma – wciąż jesteś, bo sens wrasta głęboko w serce i zostaje na zawsze.


Miłość.

Ludzie, którymi wypełnia się nasz czas. Ludzie, którymi ten czas wypełniamy. Wspólna droga. Małe, duże chwile. Codzienność. Pająk wyjęty ze zlewu. Wspólna herbata z ciszą. Brak słów, gdy niepotrzebne. Rozmowa o tym, co trudne. Ugotowana zupa. Dotyk. Czułość. Poniedziałki, piątki, zabawa, otwieranie duszy i chusteczki na katar. Dobro w oczach. Bycie obok. Dla. Uważnie. Życzliwie. Mądrze. Po prostu.


Miłość. Pytanie o wybór.

Nieświadomość wodzi na manowce, w miejsca, w których niekoniecznie, w ludzi z którymi bezmyślnie, toksycznie czasem.
Pewnych rzeczy nie można cofnąć – powiedział do mnie wczoraj, gdy wychodziliśmy z kina. To prawda. Nie można.
Można jednak żyć tak, by nie chcieć niczego cofać.
Dlatego wybór. Świadomy wybór. Esencjonalne pytania fundamentalne - jak chcę żyć? Kim chcę być, żyjąc? By bezmyślnie nie dryfować gdzie-byle i jak-byle, z kim-byle, po-byle-co. By nie trwonić czasu, energii i serca. By inwestować w ważne.
Pytanie o wybór. Co wybieram? Jak wybieram? Kogo wybieram? I po co? A za wyborem decyzja.


DECYZJA. Duże, przerażające słowo.

Można je pociąć na malutkie kawałki. Jak tort. Wówczas mniej strasznie. Mniej przytłaczająco. Mniej niedookreślenie. Bardziej konkretnie i sprawczo. Zupełnie jak trzeźwi alkoholicy: DZIŚ DECYDUJĘ nie pić, dziś decyduję się na trzeźwe życie. Kogo wybieram, co wybieram, jak wybieram i po co. I co w związku z tym decyduję – kim być i co robić. Dziś. Wybierać miłość lub nie-miłość/bez-miłość, czyli lęk. Dziś. Zawsze dziś. Zamiast pustych jednokrotnych deklaracji, dzisiejszy malutki kawałek decyzyjnego tortu. Dzisiejsza decyzja. Dziś wybieram uśmiech. Dziś wybieram Ciebie. Dziś wybieram nas. Dziś wybieram siebie…, itd… Codzienny decyzyjny torto-skrawek. Suma rzeczy małych i tak zrobi swoje. Zrobi rzecz wielką.

Kiedyś, wlokąc się z przyjacielem nocnym autobusem, rozmawialiśmy o drogach. O dwóch drogach generalnych. Drodze miłości. I drodze lęku. I o wszystkim, co niosą. Z wolną wolą po środku. Cudowna wolna wola. Mogę wszystko. Możesz wszystko. 100 % wpływu. Wybór należy do mnie. Do Ciebie. Wolna wola. A za nią wybór i decyzyjność. I zdolność stwarzania życia takiego, jakim chcesz, by było. Proste. Proste, choć nie jest łatwe.


I moja ulubiona przypowieść o wilkach. Białym i czarnym. Tych, które mieszkają w każdej ludzkiej duszy. Biały wilk to miłość i wszystko, co z nią spokrewnione, jak dobro, życzliwość, serce, szacunek, wolność, sprawczość, dbałość, troska, wspieranie, … Czarny wilk to LĘK wraz ze wszystkim, co niesie. Asekuracją, gardą, manipulacją, gierkami, wycofaniem, byciem oby-oby, wegetacją, krytykanctwem, …
Wnuczek, zapytawszy dziadka o te dwa wilki mieszkające w każdym człowieku, słuchał opowieści o nich poruszony. Głos dziadka mówił o tym, czym są owe wilki i o tym, że nieustannie walczą ze sobą. Nieustannie. Gdy głos dziadka umilkł, chłopiec przełknął ślinę i wyczekująco zapytał: „dziadku, dziadku, ale jeśli one stale walczą, to … który wilk wygra?”. Wówczas dziadek czule dotknął swoją mądrą dłonią policzka wnuczka i z życzliwością wyszeptał: „ten, którego będziesz karmić, kochany”.


Każdy z nas wybiera, którego wilka karmi.
Każdy z nas wybiera, jaką drogą idzie.
Każdy z nas wybiera, jakie życie stwarza.

A więc miłość.

Ja WYBIERAM MIŁOŚĆ. STAWIAM NA MIŁOŚĆ.
Niezmiennie.
Na karmienie białego wilka. Na pałętanie się drogą miłości. Na znajdywanie drogi, gdy ją zgubię. Na nie-tracenie-miłości-z-oczu. Na szczodrość serca. Na dobro.

DECYDUJĘ SIĘ NA MIŁOŚĆ.
Pomimo lęku, czarnego wilka i czarnej drogi.
I dzięki nim.

Bo chodzi o miłość.





czwartek, 25 czerwca 2015

Bezowa przypominajka



To był dzień z cyklu „pomiędzy”. Dzień, w którym mieszały się kontrastowe fale uczuć, gdy świadomość, jak bogato, jak sprawczo, jak twórczo i dobrze, z równoczesną świadomością rozsiadłego w ciele smutku… Takiego smutku, który czeka, by wypłynąć. To był dzień „i”. Żaden stan nie wykluczał drugiego. Były obok siebie. I.

Poruszona filmem wracałam z cudną kobietą w stronę domu. Dobrze, spokojnie, ciepło i jednocześnie…, jakieś pieczenie pod powiekami, czułam, jak wypełga, chcąc się wylać… Nienagłaśniane, niewypowiadane …, to jednak, dobrze słyszalne dla mnie, brzmiało we mnie - zwątpienie. Głębokie powątpiewanie przechylające się w stronę: to się nie zdarzy. Powód pieczenia pod powiekami.

Kierunkowskaz tykał, pomarańczowe światło przygotowywało nas do drogi do domu. Późny wieczór. Zapewne najmądrzej byłoby pójść spać. Utulić oczy i to, co pod nimi. Włożyć sen jakiś przyjemny. Złagodzić buzujące rzeki w sobie.  Tytku tyk tyku tyk… pomarańczowe czekanie.

„Mam wielką ochotę na bezę” – mój głos spotkał bystre oczy koleżanki.

„To co? Jedziemy?” – ochoczo zapytała rozglądając się za sposobnością wymanewrowania auta z niefortunnej lewoskrętnej pozycji…

„yyyyyyyyyyy… noooooooo” – burczando mojego głosu obserwowało łamanie prawa w imię wypowiedzianego życzenia. Potem już wszystko szybko. Było miejsce parkingowe, tuż obok knajpy. Tej jednej, jedynej, w której serwują bezowe cuda.

Na drzwiach restauracji kartka z datą i wyraźnym: dla klientów nieczynne, zapraszamy jutro. Datę zignorowałam, przyjmując, że to jutro. Weszłyśmy do środka. Zdziwione i zaciekawione oczy kelnerów. W oddali stół pełen mężczyzn w ferworze jakiegoś biznesowego spotkania. Nasze ciche, miłe zapytania, czy dałoby się dwie bezy i oczywista odmowa ze względu na zamknięte, prywatne przyjęcie i godzinę już późną. No tak. No tak. No tak… Wyszłyśmy… Stopy wlokły się nam niemrawo, aż do zatrzymania…

„A może poprosimy?” – zapytała moja towarzyszka. Wahanie zmierzające jednak w stronę drzwi z kartą.

„23? Kurde, podpisałam wszystkie probówki z wczorajszą datą” – wymamrotałam wpychając siebie przez kartkowe drzwi. I znów zdziwione oczy kelnerów. I nasze słowa proste, proszące. Słowa, które przyjechały na najlepszą bezę w Olsztynie. I mój niewypowiedziany smutek potrzebujący wiele dobrego cukru.

„Ale,…ale…, drogie Panie nie ma już nawet kucharza” – spokojnie powiedział jeden z kelnerów.

„Widziałyśmy go na dworze przed restauracją” – nasza nieplanowana riposta i jego uśmiech.

„Ale Pani, która robi bezy już wyszła…”- spokojne, ale bardzo życzliwe zdanie pomiędzy nami. I za nim cisza. Czekająca na coś cisza.

„ O! O! Jest!” – wyraźnie ucieszył się rozmawiający z nami kelner na widok wchodzącej do restauracji kobiety. „Kasiu, zrobisz tym paniom dwie bezy?” - zadowolony przejął inicjatywę. Nasze uśmiechy w jej stronę. Jakaś serdeczność rozwieszona w powietrzu pomiędzy. Jakaś życzliwość i ciepło.

„Pewnie” – wypełnione uśmiechem. „Pewnie”. I stolik, serdecznie okrywany pięknym obrusem dłońmi uśmiechniętego, ciepłego kelnera. I nasze rozmowy, podczas których słowa zwykle. O dniu. O filmie obejrzanym. O ludziach ważnych dla nas. O zdarzeniach. Proste słowa obejmujące uczucia. Po prostu. I myśli. Po prostu. Wnioski i lekcje. Po prostu. Pomiędzy mruczeniem oblizującym bezowy anielski mus, pomiędzy truskawkami i malinowym sosem. Pomiędzy zapachem mięty i chrupaniem migdałów. Po prostu. Szklistość oczu spokojnie śledząca spływającą po łyżeczce waniliowość przepysznych lodów. Spokój. Po prostu. Bycie. Po prostu.

„Dziękujemy bardzo. Baaaaaaaaaaaardzo. Za szczodrość.” – nasze wychodzące słowa wywołały rozpływające się serdecznością spojrzenia kelnerów.
„Będziemy siać dobro dalej” – powiedziałam otwierając drzwi z karteczką „nieczynne”.

I gdy później otulona pościelą, układałam w  sobie przeżycia z pobezowego spaceru i z dnia całego, brzęczenie mojego telefonu nazwało łamiącą moje wątpliwości prawdę:

„Widzisz, gdy chcesz bezę, dostajesz bezę. Mówisz, masz.”

„To prawda” – pomyślałam rozczulona i rozbawiona. „To prawda. Dostaję to, czego chcę. Nawet, gdy wydawać by się mogło, że nie ma na to szans. Gdy bardzo czegoś pragnę - nawet najbardziej niemożliwe staje się możliwym. ZAWSZE.”

Ciepły, przedsenny, poruszony uśmiech. Do tygla uczuć, emocji i stanów dolałam wiary z nadzieją. Otuliłam je ciepłą przyjemnością kołdry. Po raz kolejny…, po raz kolejny - mądry los wysłał mi list z przesłaniem, wybijając mnie z niewiary i zwątpienia, dodając otuchy. Tym razem zwykłą-niezwykłą bezową przypominajkę o tym, że to, czego naprawdę bardzo pragnę – przyjdzie. Po prostu.

Odtąd wraz z poranną kawą – wypijam cierpliwość. Pozwalam sprawom rozwijać się w swoim tempie. Rzeczom dziać się. Patrzę na "przestrzeń pomiędzy" z łagodnością, czułością, zrozumieniem i ciepłem. Cierpliwie daję czasowi czas.